Zbliżenia

Kupa owinięta w papier Gucci

Coś we mnie pękło.  I bynajmniej nie żyłka w oku, ale jakaś cząstka mojego serca.  Bo dziś kochani kopnął mnie zaszczyt czekania w Maku na moją koleżankę. I to właśnie tam, dotarło do mnie, że albo ja i moi znajomi jesteśmy gatunkiem na wymarciu, albo nie świat, ale ludzie ogłupieli od nadmiaru dobrodziejstwa. Jestem w takim szoku, że do tej pory zbieram moje krzywe zęby z podłogi.

Żyje na świecie już trochę. Właściwie prawię ćwiartkę. W internecie urządziłam się stosunkowo niedawno, chociaż konto na Facebooku mam chyba od 2010 roku. Wcześniej była przecież Nasza-klasa z milionem zdjęć szczęśliwych rodzin, kościelnych spódniczek i dziesiątkami volkswagenów golfów koniecznie z gościem z przykucem, przed tym samochodem oczywiście. Facebook był zbyt skomplikowany i chyba za mało jarmarczny. Jednak, z biegiem czasu i to się zmieniło. Napływ emocjonalnych statusów połączonych z postami z Kwejka, stał się  tak oczywisty, jak fakt, że po nocy nastaje dzień. Więc siłą rzeczy wszyscy zaczęli używać niebieskiej efki, tak często jak papieru toaletowego. Lans i blichtr na nowo odkrytym przylądku próżności – level one. I to byłoby całkiem spoko, gdyby nie to, że ludziom jest wciąż mało i zaczęli wskakiwać na wyższe poziomy.

Ilość pojebanych oficjalnych stron osób publicznych, celebrytów, gwiazd, gwiazdeczek, a skończywszy na stronach o tym jak zrobić ciasto lub jak rzucić faceta, rósł proporcjonalnie do tego, jak moja dupa zaczęła maleć ( tak, kiedyś ważyłam, więcej niż ważę aktualnie). Salwom śmiechu nie było końca, bo chyba każdy poznał tę zajebistą modę na ZNICZE, AMEN i PAMIĘTAMY. To jeszcze można przełknąć i w gardle nie staje gula. Ale najgorsze się dopiero pojawiało. Kłótnie, wielkie usta celebrytek, gołe tyłki przyprawiające o zgagę, kołcze z dupy, jakieś posrane akcje, matki wojujące mieczem. Szafiarki oraz tabuny kobiet, które lajkowały posty jak wygłodzone hieny. Macierzyństwo, hybrydy i włosy. Zimne suki i zimni dranie, specjaliści od kobiet, fitness, eko-żarcie, obsługa faceta,. I to wszystko naprawdę byłam w stanie tolerować, bo krzywdy cielesnej mi to nie robiło. Nikogo nigdy za to nie hejtowałam, ani nikt nie hejtował mnie, że tego nie hejtuję. Żyłam sobie względnie przyjemnie, byłam naprawdę zadowolona . 

Dopiero dziś żal mi serce ścisnął, nie dupę ale właśnie serce. Ponieważ, nie wiedziałam, że istnieje takie coś, jak PRZEPIS NA FEJM.  Powiadają – czego oczy nie widzą to serce nie boli, czego uszy nie słyszą to cię nie zrani. W tym przypadku nie zaszokuje. Okazało się, że jestem zajebiście przeciętna, bo żeby móc nazwać się fajnym, trzeba pokazać trochę dupy, wystającego suta spod bluzki, zrobić sobie brewki od linijki i koniecznie hybrydy na pazurkach. Solarka jest przykrym obowiązkiem, ale jak mus to mus. Ponadto, żeby Cię ludzie na insta oglądali to trzeba pokazywać to, co jesz – nawet jak codziennie na śniadanie wpierdzielasz kaszanę i popijasz ją herbatą z biedry.  A w ogóle najlepiej będzie, jak kogoś publicznie zjeździsz, że jest zerem ( nawet nie wiesz, jak podskoczy Ci liczba odwiedzających).  Pstrykaj także miliony zdjęć na Snapchata, Fejsa i Insta ze wszystkich miejsc, gdzie byłaś. Fitness, joga, siłownia, kino, nawet ginekolog. Zmieniaj makijaż do każdej foty, a na selfie przy oknie poświęcaj co najmniej 3 h dziennie. Cóż, mogę zaryzykować twierdzenie, że elegancja i smak są wprost proporcjonalne do poziomu intelektualnego osoby robiącej sobie zdjęcie. W tym przypadku cyfra równa zeru.

Byłabym zapomniała, skąd u mnie tak mało wiary w siebie? że niby przeciętna i w ogóle?

No wiecie, po zerknięciu na mojego „chujowego” Instagrama. Stwierdziłam, że za chiny ludowe nie potrafię zrobić dobrego zdjęcia. Za każdym razem, niezależnie od zdolności manualnych, np.,  zdjęcie żarcia kompletnie mi nie wychodzi. Moja wirtuozeria robienia wybitnych śniadań, kończy się kiedy chcę im zrobić fotę, to tak jakbym chciała nawlec igłę łokciem. Ni chuja nie da rady, bo zawsze wychodzi kupa, a nie np., pięknie podany na białym talerzu smaczny omlet, udekorowany listkiem mięty.

Po drugie. Laski katują się ćwiczeniami, albo tylko zdjęciami po rzekomych ćwiczeniach ( nie wnikam).  Wiecie siłownia i te sprawy, a mnie ledwie chce się zrobić najprostszy program Chodakowskiej, gdy po całym dniu tyrania wracam do domu. Co i tak za kolejnym pierwszym razem, zawsze kończy się sraniem na pół stojąco, bo zakwasy na dupsku bolą. Oj bolą, bardzo.

Po trzecie. Te wszystkie wypindrzone ideały kobiet w Social Media. Z brwiami jak scyzoryk,  ubrane w modne kozaki  z Aliexpress, z tyłkami ala Kim Kardashian. Wstawiają piękne zdjęcia po przebudzeniu (śpiocha w oku nie uświadczy),. Chwalą się zajebistymi samochodami, wrzucają foty cudownych dzieci, a na samym końcu giga cycków ( jak te cycki jej tak masakrycznie spuchły, skoro chuda jak szkapa???).  No i taka ja zastanawiam się, co ze mną jest kurwa nie tak?

Czemu patrząc w lustro rano, widzę spuchnięte gały, rozczochrane kudły, i syfa na środku czoła. Kawa nie zrobiona, tosty same nie wyskoczyły z tostera, seksowny facet nie zaszedł mnie od tyłu i nie dostałam buzi w policzek. Ale za to usłyszałam głos dochodzący z kibla – Bejbe zrób mi kawę, bo ja tu jeszcze trochę posiedzę na tym tronie. Chyba tak wygląda przeciętność, a właściwie nie przeciętność tylko NORMALNOŚĆ.

To wszystko, co się teraz dzieje zwyczajnie mnie przeraża. Ta moda na bycie popularnym. Te wszystkie dziewuchy, co ślepo wierzą, że za sprawą „fajnych” zdjęć osiągną sukces. Nastała jakaś popaprana idea bycia guru od wszystkiego.  A tymczasem prawda jest taka, że  ludzie dają się karmić kupą owiniętą w papier Gucci.  Mądra księga rzecze, że wszystko można, ale nie wszystko przynosi korzyść.

Ps.  jutro zrobię kupę, zupełnie mając to w dupie, że nie zrobię jej foty.

 
2 thoughts on “Kupa owinięta w papier Gucci”
  1. Shohyo63 pisze:

    U mnie tak samo. Za każdym razem wszystko się sprawdza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *