Poradnik z bycia

Jak zostałam cyrkowcem na własnym podwórku

Obudziłam się dziś z dziwnym wrażaniem, coś jakbym cofnęła się w czasie, mieszkała w moim rodzinnym domu i były wakacje. Te dzikie wakacje, na które się zawsze czeka. Nie te teraz, przed komputerem lub na tablecie. Te z lodem Oskarem za złotówkę oraz zgrają przyjaciół pod pachą. I to doznanie, jakoś tak przez przypadek przypomniało mi moje CHCIENIE robienia dziwnych rzeczy, gdy byłam dzieckiem.

*

Otóż, nie ulega wątpliwości, że moje dzieciństwo to kalejdoskop niesamowitych historii. Wydaje mi się, że gdyby dzisiejsi lekarze mnie wtedy przebadali, orzekli by jednogłośnie ADHD. Ale cóż, żadne z rodziców nigdy nie latało po lekarzach i nie wynajdowało swoim dzieciom coraz to nowszych chorób. Teraz przecież panuje moda na bycie chorym. Ale nie o tym. Moje dzieciństwo było bujne i przede wszystkim najlepsze jakie miałam 😀

*

Pewnego pięknego dnia, po którejś z kolei rozdartej sukience i poobdzieranych nogach ( miałam mieć wtedy jakiś występ, zdaje mi się , że tańczyć krakowiaka na jakimś festynie) TAK! – tańczyłam od 6 do 12 roku życia ( tak sobie rodzice radzili z ADHD) mama dała mi karę – miałam siedzieć w domu i nie nakręcać wiejskich dzieci na rozróby, a co za tym idzie, nie obdzierać sobie różnych części ciała, więc siedziałam. Wtedy chyba po raz pierwszy tak długo oglądałam TV. Na którymś kanale był program o cyrkowcach, o ich życiu na kółkach. Oni wszyscy różni, a  tak podobni do mnie. Niczego się nie bali i zwyczajnie byli szczęśliwi. Mnie zafascynował chłopak chodzący na szczudłach do tego stopnia, że postanowiłam se sama takie szczudła zrobić.

*

Poszłam do szopy mojego taty po narzędzia i zabrałam się do dzieła. Ze sterty drewna wytargałam dwa sporej wielkości kije z wierzby. Nie wiedziałam jednak, jak mam zrobić te podpórki pod nogi, więc w tył zwrot – znowu do kanciapy taty, podprowadziłam mu kilkanaście największych gwoździ jakie udało mi się znaleźć. Wbiłam je mniej więcej na wysokości kolan, zadowolona ze swojego dzieła, rzuciłam wszystko i zaczęłam się wspinać. A tu z kolei nastąpiło pierwsze zderzenie z ziemią– pod moim ciężarem gwoździe po prostu się uginały, albo wypadały z kija. Próbowałam dalej. Rodzice pytali skąd ja biorę takie pomysły?! – z głowy! darłam się spadając ze szczudeł. W końcu mama zawołała mnie na kolację, później do spania. Trochę zawiedziona odstawiłam swoje chcenie do następnego dnia.

*

Rano wstałam ciągle myśląc, co zrobić żeby te szczudła mi wyszły. Zjadłam śniadanie i potykając się o swoje nogi pobiegłam na tył domu! bo najlepiej myślało mi się na rurce od trzepania dywanów (do góry nogami). Robiłam tak, gdy coś nie dawało mi spokoju. Nie wiecie, jak wielkie było moje zdziwienie, gdy o rurkę oparte były szczudła zrobione przez mojego tatę! Wyciął piłą drobne klocki w kształcie klina i przybił gwoździami do tych nieszczęsnych wierzbowych patyków! i tak zdobyłam swoje wymarzone szczudła.

Czy umiałam na nich chodzić? jasne, że nie. Tego się musiałam nauczyć. Spadałam po dwóch krokach. Trudno było mi złapać równowagę. Spadałam wciąż i wciąż. Ale cechuje mnie upór, ten pozytywny, ten który płynie w krwiobiegu – kiedy wiem, że jestem w stanie coś zrobić, a nie ten (klik). Nie da się go pozbyć. Dlatego nauczyłam się. A same szczudła stały się dla mnie kwintesencją mojego życia. Bo ono właśnie takie jest. Cechuje je ciągła praca, ciągła nauka, aż wreszcie ciągłe dotykanie małych rzeczy.  Koniec. Tyle.

Nie myślcie, że jest to wpis, który ma Wam ukazać jakąś prawdę życiową, albo nakierować na coś, nauczyć, wskazać drogę. Jak już napisałam, wstałam rano i dopadła mnie reminiscencja, więc siłą rzeczy zaczęłam podążać jej śladem. Albo może nie siłą rzeczy, tylko uporem tej nieznośniej dziewuchy na szczudłach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *