Ludzie Zbliżenia

Chwile na maksa totalne!

Dziś 31 grudnia. Na wielu blogach, u wielu blogerów i blogerek, to czas kiedy tworzy się z ekscytacją posty podsumowujące kończący się rok.  Niestety, albo i stety nie mam tak zajebistych dokonań, co inni.  Nie mogę pochwalić się liczbami, cyferkami i innymi tego typu rzeczami.  Ale muszę przyznać, że jest coś, co kocham szczególnie. I każdy rok zapewnia mi tego niezliczoną ilość. Radosnych, czasami mniej, a niekiedy nawet wcale. Zawsze je przyjmuje. Nigdy nie wybrzydzam. No może raz, jak dostałam dwa razy w ciągu dnia mandat. Ale…no właśnie. Nie ważne. Bo…..

Nie robię list i nie wykreślam, co tam udało mi się zrobić, co zepsuć, sknocić, a co naprawić. Ja proszę Państwa, jestem zwolenniczką momentów totalnych,  czyli chwil kompletnych i doszczętnych.  Koniec roku niekoniecznie w moim wydaniu jest miesiącem podsumowań zysków i strat. Po co człowiek ma wchodzić w nowy czas z takim małym smuteczkiem na ramieniu? Dlatego,  zamiast rozpamiętywać, co nie wyszło, możecie tak jak ja — powspominać chwile maksymalnie skończone.

Wiecie, co jest najlepsze? Jak wracam do domu z zakupami, pół godziny po tym jak z niego wyszłam, bo nie było kolejek w sklepie na mięsnym. Odkrawam piętkę od chleba, smaruję ją masłem, jednocześnie zagryzając pomidora i warcząc na mojego faceta, żeby nie paprał pasztetem całej deski do krojenia. W radiu coś tam gada, pewnie jakiś poranny felieton  RMF. Wstawiam wodę na kawę, zagotowując ją trzy razy, bo zasłuchałam się w lecącą z odbiornika popową szmirę.

Najlepsze jest też, jak idę po północy po mieście ze swoimi przyjaciółmi.  Na ulicach pusto. Nigdzie się nie śpieszymy, bo co? co to za różnica czy wrócimy na chatę o 3, czy o 3.23. Idziemy przed siebie. Trafiamy do Maka. Akurat jest zamknięte, a czynny tylko drajw. Podchodzimy pytając, czy piesi także mogą zamawiać.  Jest mroźnie, z nieba siąpi bliżej nieokreślona substancja, zamawiamy jeszcze bardziej mrożoną kawę.

Świetnie jest też,  jak budzę się w środeczku ciemnej nocy. Sprawdzam godzinę w nadziei, że zostało jeszcze dużo spania. Zarzucam ciężką rękę na M, przyjmując tym samym zbawienną dla Twojego styranego kręgosłupa pozycję. Odpływam w resztę 30 minutowego snu.

Równie wysoko na piedestale chwil totalnych stoją sytuacje, kiedy witam się z dawno niewidzianymi bliskimi osobami. Kiedy przyjaciel wraca z drugiego końca świata, babcia ze słonecznej Italii czy nawet M który dał mi buziaka po powrocie z pracy, pomimo tego, że widziałam Go 10 h wcześniej.

Może to zabrzmi absurdalnie, ale cieszy mnie czasem choroba, nie mówię o poważnych rzeczach. Ale chociażby katar, albo zatoki, w moim przypadku np. grypa żołądkowa. Pomyślisz co Cię kretynko cieszy w okupowaniu kibla przez kilka bitych godzin. A no nic. Tylko fakt, że należy  doceniać to, że chłopak donosi mi piracko przywłaszczone odcinki ulubionego serialu i herbatę za majoną sokiem malinowym.

Fajna jest też, totalna aktywność w sferze zawodowej.  Znaczy, że mam co robić, a dzięki temu mam pieniądze by w miarę żyć, a nie tylko harować i żałować, że nic se kupić nie mogę.

Bywają też chwile, a tych jest  niezliczona ilość w zasadzie. Te chwile,  kiedy mogę wrócić i postawić stopy w tych samych miejscach, w których byłam kilka lat temu, jako dzieciak. To daje wrażenie zakrzywienia czasoprzestrzeni. Władza nad czasem. Miło.

Dobrze jest, też wtedy, jak wpadam do domu rodzinnego i mama piecze rogale. Pomagam, bo dlaczego miałabym nie?  Odruchowo po zakończonej pracy, wycieram ręce w ubranie, nie w tej śmieszny jarmarczny fartuszek.

Najlepsze są także te momenty, w których dostałam po dupie. Jak życie skopało mnie tak okropnie, że myślałam, że zaraz zachłysnę się własną krwią. Pomyślicie, że co mnie w tym cieszy? Z czego być zadowolonym? Ano, z faktu, że pomimo bólu i nawarstwiających się problemów — Jestem Tu.  I idę dalej do przodu. Nauczona. Doświadczona. Silniejsza. Jestem tylko człowiekiem, czasami także wątpię. Ale szybko się reflektuję. Wiem, że warto.

Dlatego, na tym zakończę, bo tych momentów jest zajebiście dużo. Nie starczy miejsca w tym poście, żeby je wypisać. Jestem pewna, że macie tak samo. Stąd, trzeba je wyjmować, eksponować, przypominać sobie, ba! napisałabym nawet, że powinniśmy nimi szastać, a nie chować na dnie kieszeni, bo w każdej kieszeni kiedyś zrobi się dziura i cała zawartość się zwyczajnie zgubi.

Wiem, że podciągam niektóre czynności pod takie właśnie chwile totalne i może nawet trochę na wyrost je lansuje, bo co fajnego może być np., w fakcie , że kiedyś tam nażarłam się jak świnia czereśni. Ale dla mnie istotne jest z kim je żarłam, a nie to, że później miałam sraczkę. I to utwierdza mnie w przekonaniu, że robię dobrze. Przecież w końcu może się okazać, że dni będą gładko jak nóż przez masło, przechodzić w inne dni. Będzie rano, południe i noc. Będzie poniedziałek, a zaraz niedziela. Będzie zdrowie i choroba.  Będzie radość i smutek. Będzie jedzenie i picie, podróżowanie i stanie w miejscu. To wszystko stale się dzieje obok Nas, a wielu nie docenia takich chwil, bo po prostu uważa je za wpisane w życie. Dobrze jest wiedzieć, że te momenty nie będą mijać na gonieniu czegoś, co kiedyś będzie finałem. Finał jest tu i teraz. W każdej minucie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *