Motywacja

Jak zj*bać naleśniki. Notka motywacyjna numer jeden.

Lubię naleśniki. Bardzo. Kiedyś nie były moją mocną stroną, chociaż  mówią, że praktyka czyni mistrza, w tym przypadku drugiego, trzeciego i kolejnego, kolejnego razu. Wiecie, wszystko co pierwsze, nieznane, odległe może okazać się szitem na miarę gówna pływającego w szambie, ale z naleśnikami sprawa wydaje się prosta. Wiadomo, mąka, mleko, woda, jajka, proporcje. Czego jest za dużo, czego jest za mało. Kwestia doświadczenia. Potem dobra patelnia, najlepiej z Tefala, rzut jajkiem, rzut mikserem i rzut ciastem. Co niektórzy przerzucają je w powietrzu, ale to prawda dla wtajemniczonych. Zdradzę tylko, że raz rzuciłam i dostałam w twarz, stąd nie praktykuję. Następnie nadzienie, ale to już wedle gustu, na słodko, z dżemem, z jabłkami, na ostro, z mięsem, z farszem do krokietów, z nutellą, z ketchupem, z niczym, z czymś. No i na tym koniec, bo to zna każdy, ale u mnie jeszcze przed nadzieniem,  a właściwie na patelni pojawiał się problem. Zawsze coś się spierniczyło. Zasadniczo, to trudność nie polegała na robieniu ciasta, bo to akurat jest pikuś, problem sięgał przewracania naleśników. Za każdym razem się piździelec albo rozerwał albo złożył w połowie, taki niesforny był drań. Postanowiłam, więc zasięgnąć porady, oczywiście nie u mamy, babci  czy nawet współlokatorki, które robiły to o niebo lepiej i to niebo czuć było w gębie. Na to byłam za dumna. Musiałam sama. Odpuściłam sobie wujka jutuba i chwalone przeze mnie tutoriale, a zabrałam się za czytanie poradnika, który miał uczynić z przeciętnej, a w zasadzie beznadziejnej kucharki szefa kuchni, natomiast ze mnie mistrza naleśników. No i wyszło szydło z wora, a właściwie to gówno. Niekoniecznie to, co jest dobrze dobrane, idealnie wytłumaczone, w odpowiednich proporcjach, a nawet usmażone według przepisu, oprócz tego, że jest smaczne i do zjedzenia, to może być miłe dla oka. Niestety tak nie było. Myślę sobie – what the fuck? dbałam o ten naleśnik, starałam się żeby wyszło z niego coś fajnego, smażyłam w ferworze chwały, łechtałam żeby doszedł, punkt w punkt tak jak w książce i co? nie wyszedł. Był do niczego. W kwestiach estetycznych przegrałam z kretesem. Na nic moje starania. Szkoda, że nie mógł mi ktoś tą patelnią z Tefala dać w łeb. Byłabym wdzięczna. A już na pewno, mniej zniesmaczona wyglądem, tego czegoś.  Pożaliłam się wtedy mojemu koledze, wybitnemu kucharzowi o imieniu Coś z Niczego, o moim problemie. Jako, że ma on specyficzne nastawienie do życia, odrzekł – nie możesz opierdolić sobie czegoś innego, a nie upierać się na te naleśniki? Ano, mogłabym, ale czy muszę, skoro mogę się postarać je zrobić? Wtedy eksplodował śmiechem, powiedział przez zaciśnięte zęby, że powinnam zacząć pisać nie-poradniki. I w zasadzie….

Mogłabym napisać setki poradników, jak wielu rzeczy w życiu nie robić. O tym, że lepiej nie mierzyć ciuchów zanim się je kupi. Jak nie konczyć spontanicznych wypraw. Jak nie żyć, żeby inni Cię nie wkurwiali, oraz jak nie żyć żebyś Ty nie wkurwiał innych. Że lepiej nie mruczeć przekleństw pod nosem przy małych dzieciach, bo one są jak nietoperze, częstotliwość słyszenia full wymiar. W jaki sposób nie zarobić pierwszego miliona. Jak nie być człowiekiem nieszczęśliwym.  Jak nie pomagać innym, by jeszcze baardziej nie pogorszyć. Jak nie zostać ofiarą losu. O tym, czego nie robić, żeby Twoje życie nie było nudne, jak  nie pracować, żeby się nie oharować. Jak nie popadać w konflikty z rodzicami. Jak nie mieć złych relacji z rodzeństwem. Jak  nie wydawać pieniądzy, by zawsze coś zostało na koncie, lub jakich majtek nie zakładać w zimie. A to wszytko, normalnie, logicznie, bez trudnych wyrazów, których znaczenia nie jesteśmy w stanie się domyśleć. Bez szukania sensu, bez zbędnych filozofii, bez wymądrzania się, tak jak powinno być – miło, prosto i przyjemnie z doświadczeniem radości i piękna świata całym sobą. Bez marzeń o złotych miastach, o zdobywaniu chmur, bez wędrówek palcem po mapie. Dlaczego? – bo to co najważniejsze jest najprostsze, a najprostsze jest dlatego żebyśmy nie szukali tego między opasłymi tomami ksiąg brodatych mistrzów, którzy to w poszukiwaniu istoty rzeczy stracili młodość, a już na pewno starość. No i właśnie mogłabym napisać setki takich nie- poradników, ale jak przychodzi, co do czego, to wydaje mi się  że nie umiałabym, w takiej książe zawrzeć rad, które byłyby odpowiednie dla każdego z nas, i zapewniłyby sukces, chociażby w przewracaniu naleśników. Wolałabym inspirować, być jak…no własnie, jak kto? Zapalnik. Elektorn. Kreator. Motywator. Pstryczek, który zrodzi w innych pomysł na siebie. Ale, na razie mogę Was nauczyć jedynie tego, czego nie robię,  by nie żyło mi się źle, a żyło fajnie.

Chcecie wiedzieć, jak to było z tymi naleśnikami? nawet jeżeli nie, to i tak napiszę. Mój tata miał takie gumowe nakładki na uszy od garnków, np., gdy chciał odcedzić ziemniaki, to zakładał je, żeby się nie poparzyć. Nakładki okazały się dobrym patentem, by przewracać naleśniki rękoma. Puenta? nic odkrywczego. Czasami musimy dojść sami do tego, co jest dla nas najlepsze, poznać swoje słabości i mocne strony. Czasami trzeba spierdzielić coś kilkadziesiąt razy, by za pięćdziesiątym piątym wyszło dobrze. No, a czasami możemy się zainspirować, bo ilu ludzi- tyle doświadczeń. Tak,  a Wy pewnie jeszcze śmiejecie się z tych nakładek? Uwierzcie, że ja również. To mój sposób, by było lepiej. Nieważne, że przed jego znalezieniem popełniłam 999 zbrodni naleśnikowych.

Inspirujące.

Z przymrużeniem oka pozdrawiam Was 🙂

photo :  tookapic / www.pixbay.com/pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *