Poradnik z bycia

ZŁY DZIEŃ. POTRZEBNE SAM NA SAM Z…

Miałam zły dzień. Naprawdę zły dzień. Który zapowiadał jeszcze gorszą noc. Więc siłą rzeczy, stał się przyczyną do pewnych rozważań, na temat tego, co człowiekowi od czasu do czasu jest potrzebne, w tym bestialskim ekshibicjonistycznym świecie. Niemniej jednak nie mogę nazwać się pokraką, ponieważ kryje się we mnie duży zapas zaradności, często mam obok siebie rzeczy na czarną godzinę. Co prawda stale brakuje mi taśmy klejącej, nożyczek także nie posiadam. Wciąż nie wystarcza mi papieru do drukarki i sprawnych długopisów  – też nie mam. Ale w tajemnicy powiem Wam, że zawsze gdzieś w zakamarkach czterech kątów mojego pokoju kryje się przedmiot, który mógłby uratować mnie przed World War Z, czy innym tego typu atakiem żywych, tudzież trupów. Wracając. Miałam zły dzień. Który zapowiadał ciężką noc. Która byłaby naprawdę ciężka, gdybym nie zasiadła do mojego kochanego laptopa i  nie znalazła się właśnie Tu. Teraz. Sama. A sama, bo nikt inny mnie nie zechciał. Ale też nie chciałam być chciana. Bo nauczyłam się, że czasami zwyczajnie lepiej jest zamknąć się we własnym świecie i nie wkurwiać innych. Dobra zupełnie nieważne. Znalazłam się tu. Bo tu jest mój spokój. Jest już noc. Nalewam sobie kolejny kubek parującej herbaty. W pokoju jestem tylko ja i ja i ja. Jest cicho. No dobra nie jest cicho. Słychać szum laptopa na moich kolanach. W jednym uchu mam słuchawkę z muzyką, znalezioną gdzieś na obrzeżach internetu. Bardzo dobrą muzyką nota bene. Palce wędrują po klawiaturze. W odosobnieniu. To moja przestrzeń. Czas tylko dla mnie. Telefon out. Standardowa rozwrzeszczana Ja out. Wszystko out. Dlatego, zdecydowałam, że napiszę coś, nabiorę dystansu i może ten zły dzień nie będzie do końca taki zły. Może podołam wyzwaniom, jakie mi zaserwował.


Wiecie czego prawie każdy z Nas boi się jak diabeł święconej wody? Boi się samotności. Uciekamy od sam na sam ze sobą. Samotność. Niebezpieczne słowo. Nieproszone. Niechciane. Ja w gruncie rzeczy lubię samotne wieczory. A gdy moment niezasypiania, to zawsze jest obok coś, co mi w tym pomoże. I nie jest to butelka wina. Czy inne specyfiki. To myśli, wspomnienia, książki i inne tego typu, które nie są powodem by wylądować w grupie wsparcia AA czy AN, gdzieś w bieszczadzkiej głuszy. I chociaż następnego dnia wcale nie czuje się, jak bym była wyjęta z Epoki Herosów. To zaczynam się budzić do życia. Albo po prostu – budzić w oczekiwaniu na coś dobrego, albo i nie. Dziękując sobie, że Bozia nie podkusiła mnie do wyjścia gdzieś w ciemne miasto. Wiecie dlaczego? –  ponieważ uwielbiam samo-bycie. A problem w tym, że my ludzie, nie potrafimy odróżnić bycia samotnym, od samo-bycia, a różnica jest naprawdę znacząca, dlatego każdy powinien zrozumieć na czym polega. O ile prawdziwa samotność może nas zniszczyć, o tyle spędzanie czasu sam na sam ze sobą, może wpłynąć na nas bardzo pozytywnie. Chociaż, ja już nie wiem, co na mnie dobrze wpływa. Zważając na fakt, iż  wiecznie pozostaję w dziwnym konflikcie ze światem. I z normami, których, według ludzi szczęśliwych, przestrzegać powinnam. A ludzie szczęśliwi? Ci wydają się czasem nieco niebezpieczni. Bo kto wie, co takiemu strzeli do głowy. Sposób, w jaki okazują to swoje szczęście przypomina bardziej depresję psychopaty. Kurde, ale nie o tym miałam pisać…. Musicie zrozumieć, to czasami po prostu się dzieje – wszechobecna chujnia. Dlatego zwyczajnie warto oderwać się od ciągłych rozmów, spotkań, bycia pod telefonem i zawsze w zasięgu. Czasem można mieć zły dzień. I na ten zły dzień jedynym ratunkiem jest pobyć w samotności. Świat na pewno się nie zawali, nikt się na nikogo nie pogniewa (chyba), nikomu tym nie zrobisz krzywdy. Nie stracisz przyjaciół, jeśli od czasu do czasu zdecydujesz się od nich odpocząć. Ba, nawet w dobrych związkach, partnerom potrzeba ciut przestrzeni. Dopiero, kiedy jesteśmy sami, doceniamy wagę relacji z poszczególnymi osobami. Wtedy także skupiamy się na swoim życiu wewnętrznym. Tylko, gdy jesteśmy sami ze sobą, nie musimy brać udziału w światowym spektaklu, nie musimy grać – wzorowego pracownika, surowego szefa, odpowiedzialnej matki, rozsądnej córki itd. Mamy okazję zmierzyć się z naszym prawdziwym wcieleniem i zastanowić się nad swoimi oczekiwaniami, możliwościami.

Dobrze jest czasami móc włączyć off. Współczesny świat dewaluuje sam na sam, degraduje ciszę i inne “samości”. Bardziej interesuje go, to co na powierzchni, a nie głębia. Pełna hałasu i rozemocjonowania rzeczywistość oczekuje, że wszyscy się dostosują do takiego stylu życia. Dlatego znakiem naszych czasów są niestety powierzchowne kontakty, uciekanie w tłum, w natłok sytuacji oraz zdarzeń. Bardzo łatwo się w tym świecie zgubić, choć można tego uniknąć mając stały kontakt ze swoimi potrzebami i uczuciami. Taki stan da się osiągnąć tylko w samotności, bez rumoru i cyrkowego szaleństwa. No, ale dobra – nie będę robić z siebie głupa i kolorować, bo wiadomo, że nie łatwo być samemu ze sobą. Wiem coś o tym. I wy także. To zdecydowanie trudne, szczególnie, że większość społeczeństwa to zapaleni ekshibicjoniści.  Nie brakuje ich na świecie. Gdziekolwiek są, poszukują akceptacji otoczenia, żeby mieć do kogo otworzyć usta. Nie słuchają bo po co? Cały czas  są “in touch”. Boją się być bez przyjaciół, rodziny czy partnera. Czują się nieswojo, podróżując samotnie do obcych miejsc, i są zagubieni, gdy obok nie ma kogoś, kto podałby pomocną dłoń. Obawiają się momentów bez ramienia, na którym mogliby się wesprzeć. To naturalne. Ten opór przeciwko samo-byciu. I dlatego, by tego uniknąć, wciąż i wciąż próbują wchodzić w relacje. Online i offline. Randki, imprezy, kolacje, wyjścia, setki wiadomości, czaty, rozmowy, telefony– jako protezy  tylko po to, by wypełnić chwilowo puste czas w swoim życiu. Tak, jakby minuta samościmiała zabić. Nie, nie zabije, a nawet przywróci do życia.

foto : Adriana Ceccarelli /flickr.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *