Poradnik z bycia

Sokrates, choinka i mania niechcenia

Może wygodniej jest robić normalne rzeczy, takie jak jedzenie, spanie, załatwianie wszelkich swoich potrzeb. Możliwe, że czytanie etykiet szamponów w kiblu także wydaje się normalne – albo przynajmniej takie było przed erą wybuchających smartfonów. Może człowiek nie potrafi istnieć bez zastanawiania się, wciąż musi czegoś szukać, czegoś lepszego, doskonałego łamane na niezwykłego, a i tak zwykle kończy tylko na myśleniu? To wszystko z winy Sokratesa. Powiedział dawno temu, że Życiem bezmyślnym żyć nie warto. Sam umarł, chociaż nie musiał i pewnie to był jeden z kluczowych momentów w jego życiu, dzięki któremu zyskał taki rozgłos.

W zerówce, gdzieś w okolicach bożenarodzeniowej euforii mieliśmy wyciąć z papieru choinkę. Moja była złota. Przedszkolanka, ogromna pani z nieprzyjemnym wyrazem twarzy, która pasowała do tego zawodu tak jak ja pasuje na zakonnicę poleciła zrobić zieloną, bo choinki są przecież zielone. A jeśli nie, to dostanę smutne słoneczko. No, ale ja chciałam złotą choinkę, nie wszystko musi być takie jakie jest naprawdę. Była więc wojna i były tłumaczenia, że nie ma złotych choinek. Tłumaczenia co najmniej takie jakbyśmy pertraktowały z Kim Dzong Unem, w sprawie kolejnych pomysłów przejęcia władzy nad światem. Nie wiem o co to halo? Nie popełniałam żadnej zbrodni, nikogo nie okradłam a tym bardziej nie podpaliłam, bomby atomowej też nie konstruowałam. Wyjaśnień, co niemiara, jakby ta nieszczęsna choinka miała zbawić ludzkość. Nie jestem pewna, ale nie dostałam smutnego słoneczka chociaż jej kolor został złoty. Zresztą od tamtego epizodu moje osobiste chcenie przylepiło się do mnie, tak jak rzep do psiego ogona. Stop. Właściwie do momentu kiedy byłam na drugim roku studiów licencjackich. Bo tu moje stosunki ze światem zaczęły ograniczać się do wyjścia do pracy. I wyjść po pracy np., do kiosku po gazetę, a w między czasie udawaniu, że się jest na zajęciach z literatury. Przestałam cokolwiek reflektować. Od ważnych do naprawdę błahych rzeczy. Stąd o sprawie katastrofy smoleńskiej wiedziałam tylko i wyłącznie tyle, że wydarzyła się w Smoleńsku. I to chyba tylko dzięki Fejs- ścianie. Przestałam włazić na Pudla. Nie wiedziałam kto i który raz był w butach (tych samych – rzecz jasna – nie, że w butach w ogóle). Kto komu rodził dzieci też nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia, kto się rozwodził. Nic nie wiedziałam. I nic z tym nie robiłam. Nie chciałam nic z tym robić. W moje życie wkroczyła mania niechcenia. Przeplatana była ona dziwną niepewnością, czego taki człowiek jak ja w życiu powinien w ogóle pragnąć.

Jednak muszę przyznać, że nic w przyrodzie nie ginie, więc i choinka wróciła, rzecz jasna nie zielona ale i nie złota. W tym przypadku, choinka jest tylko metaforą. Zmiana dokonała się za sprawą przykrego incydentu w jednym ze sklepów znanej sieci, w którym „zaszczyt” było mi pracować. Po raz enty starłam się z wyfiokowaną babą w moherowym berecie. Ileż można tłumaczyć, ileż można przyjmować na siebie bluzgi starej lampucery, która w niedziele potulnie leci w swoich kaczuszkach do kościoła wypraszać zbawienie, a dzień wcześniej najeżdża z ryjem na wszystkich w sklepie, że nie mieści się w SWÓJ rozmiar 38, nosząc na oko 44. No ileż można? powiem Wam, że można wiele. Ale nie koniecznie trzeba. I ja po prostu nie chciałam, przestałam mieć potrzebę.

*

Chcieć to móc. Chcieć to znaczy mieć. Chcieć znaczy być. Znaczy żyć. Takie to oczywiste, proste i ckliwie piękne. Całe nasze życie to walka o to czego pragniemy. No bo o cóż innego? Twoje „CHCĘ” tworzy wszystko wokół Ciebie. Moja chęć wraz z Twoją, jego, jej, ich, świata. Nawet Twoje – chcę na obiad ryż z kurczakiem, chcę pracę, chcę lepszych zarobków, chcę szczęścia, chcę miłości, chcę pieniędzy i kariery, chcę dobrego domu. Te wszystkie „chciejki” Nas definiują. Ale dlaczego marzymy tak ślepo, tak daleko, tak wyrafinowanie? Robimy mile, kiedy tak naprawdę wystarczą centymetry by coś zmienić. Pokonujemy kilometry pragnień, ale nic się nie dzieje, nic nie przychodzi. Wkurwiamy się. I lecą kurwy na wszystko, tylko nie na siebie. Bo zamiast marzyć by jutro była piękna pogoda, marzymy o łatwiejszym życiu – ponieważ to jest oczywiste. To marzenia miliardów ludzi na całym świecie, tylko wyrażone w odmienny sposób. Stąd powstają pobożne modlitwy do podusi, albo i mniej pobożne – szalonych oraz perwersyjnych przecież na świecie nie brakuje, o to by nasze marzenia się wreszcie ziściły. A gdyby tak juto wyszło Słońce, nie byłbyś szczęśliwszy, nie żyło by Ci się łatwiej? tak wiele mógłbyś zrobić przy dobrej pogodzie! Wyjść do parku, spotkać ciekawą osobę, cokolwiek. Ale nie. To nie pasuje. To jest za łatwe. Dlatego takie z Nas pierdolone wysublimowane chciejki. Stale walimy naszymi wypełnionymi od myśli głowami w te wymodlone poduszki. Chcemy zbyt wiele i zbyt daleko, nie zdając sobie sprawy, że życie zaczyna się tuż przed naszym nosem.

I teraz zapytaj proszę co dała mi ta choinka. A ja bardzo chętnie Ci odpowiem, a właściwie zadam pytanie. Jeśli miałbyś ochotę iść do opery w trampkach, to byłbyś większym burakiem od tych, którzy poszli w wylakierowanych bucikach? chyba nie. Rzecz się rozchodzi o to, żeby zawsze móc spojrzeć sobie w twarz. Na koniec dnia powiedzieć – Nie zrobiłem dziś nic, czego nie chciałem. Złota choinka dała przede wszystkim wybór. A takich wyborów dokonujemy dziennie kilkaset, nie zdając sobie z nich kompletnie sprawy. Stąd zrób se choinkę w jakim kolorze Ty chcesz.

Enjoy my People!

foto: pixabay.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *